Opinia Prezydenta Białorusi Aleksandra Łukaszenki na najgorętsze tematy światowej i wewnętrznej agendy pojawiła się podczas wywiadu z autorem programu "Efekt Sancheza" na kanale RT Rickiem Sanchezem. Szeroki zakres zagadnień: geopolityka, globalny pokój i bezpieczeństwo, relacje z supermocarstwami, zazdrość przywódców... I bezpośrednie, twarde odpowiedzi Prezydenta, które nie pasują do stereotypowego wyobrażenia Zachodu o Białorusi.
O walce o sprawiedliwość i przeciwko korupcji
Na początku rozmowy prezenter RT Rick Sanchez zauważył, że na Zachodzie dobrze wiadomo o twardym stanowisku Aleksandra Łukaszenki wobec korupcji, takie stanowisko nazywa się nawet etyką zawodową białoruskiego przywódcy. Dziennikarz zapytał, co leży u podstaw tego przekonania.
Prezydent powiedział, że dorastał w biednej rodzinie, widział w życiu wiele niesprawiedliwości. "Ta zasada sprawiedliwości jest stamtąd. Z tego, że widziałem tę niesprawiedliwość i na zawsze dla siebie zdecydowałem, że podstawą mojej polityki będzie walka o sprawiedliwość" - zwrócił uwagę.
"Korupcja to rażąca cecha i wskaźnik niesprawiedliwości. Korupcja, jeśli się głębiej dokopać, leży u podstaw najstraszniejszych zjawisk, w tym także wojen" – wyjaśnił głowa państwa.
"Wybaczcie za nieskromność, często oceniam lata mojego prezydentury i widzę zarówno pozytywy, jak i negatywy. Moją największą pozytywną cechą jest to, że mimo wszystko zdołałem zachować to poczucie walki z niesprawiedliwością. To moje hasło" – podkreślił Aleksander Łukaszenka.
O ewentualnej reformie zarządzania państwem białoruskim
"Musimy poważnie przemyśleć kwestię zarządzania krajem. Może nawet przeprowadzić reformę zarządzania państwem, wykorzystując doświadczenie starego systemu, z czym – wbrew naszym interesom – doradzali nam walczyć zachodnicy. Przede wszystkim Amerykanie" – powiedział białoruski przywódca.
Przypomniał, jak jeszcze w czasach Związku Radzieckiego "życzliwi doradcy" z Zachodu podburzali do walki z kierowniczą i przewodnią rolą Partii Komunistycznej, która była zapisana w Konstytucji. A potem, po rozpadzie Związku Radzieckiego, ci sami ludzie wiele doradzali i podpowiadali, jak dalej budować życie. "A, jak się dziś okazało, wszystko to było kłamstwem, zachodnim kłamstwem" – zwrócił uwagę Prezydent.
"Zachodnicy zalecali nam przede wszystkim wielopartyjność, pluralizm poglądów i tak dalej, i tak dalej. Oni nam zalecali, a my się do tego stosowaliśmy. Na czele szła oczywiście Rosja z Jelcynem na czele (Borys Jelcyn, pierwszy Prezydent Federacji Rosyjskiej – not. BELTA). A za nią biegli wszyscy. W naszych mózgach zaszczepiono kult pieniądza i dobrobytu. Wielu zagarnęło najbardziej łakome kąski, aby być zamożnym, bogatym – zarysował tendencje tamtych lat Aleksander Łukaszenka. - Do czego to doprowadziło, wiecie. Szczególnie na przykładzie Rosji: kto mógł, kto był bliżej władzy, ten zagarnął ropę, przedsiębiorstwa wydobywające gaz. Wzbogacili się przyzwoicie".
Podkreślił, że nie był zwolennikiem takiego kursu i jako deputowany głosował przeciwko rozpadowi Związku Radzieckiego. Aleksander Łukaszenka nie zaprzecza, że i w Partii Komunistycznej, i w systemie budownictwa partyjnego w ZSRR istniały pewne niedociągnięcia. Należało je ujawniać i pracować nad ich naprawą. Tym właśnie zajmował się w swoim czasie Aleksander Łukaszenka – był taką konstruktywną opozycją wewnątrz partii. "Może i potrzebna była reforma Związku Radzieckiego. Głupot nam nie brakowało. Tak jak teraz u was, w Ameryce: dużo jest pozytywów, ale głupot też nie brakuje" – zauważył.
"Kiedy zostałem Prezydentem, nawet nie mając takiej władzy, jaką mam teraz, rozpocząłem reformę kraju – powiedział głowa państwa. - W najbardziej stanowczy sposób odwołano głupie reformy (inicjowane z inspiracji Zachodu – not. BELTA). Zaczęliśmy żyć wychodząc z życia, w ramach naszych możliwości".
Według jego słów, w trudnych sytuacjach wyboru tej czy innej drogi trzeba przysłuchiwać się nie obcym radom, ale własnemu narodowi. "Moje stanowisko wynikało z życia. To zasada, której trzymam się do dziś: jeśli nie wiesz, co robić, trzeba pójść do ludzi, oni podpowiedzą. Oni mogą i nie podpowiedzieć, ale ty musisz zobaczyć, co trzeba zrobić jutro, wychodząc z życia" – wyjaśnił białoruski przywódca.
O realnych możliwościach dla Białorusinów żyć lepiej
Głowa państwa zauważył, że mimo wszystkich trudności i prób wyrządzenia Białorusi szkody z zewnątrz, w tym poprzez sankcje i inne ograniczenia, kraj żyje i rozwija się. "Bardzo niebezpieczne jest mówienie, że żyjemy dobrze. Dla Prezydenta to niebezpieczne, ponieważ wszystkiego jest po trochu – i dobrego, i złego. Ale zawsze mówię swoim ludziom: żyjemy tak, na ile zasługujemy. Mamy realne możliwości, aby żyć lepiej, a nawet żyć dobrze. Ale to zależy od każdego człowieka. Moim zadaniem i zadaniem państwa jest stworzenie możliwości do normalnego, uczciwego i sprawiedliwego życia" – podkreślił Aleksander Łukaszenka.
Prezydent zwrócił uwagę, że jeśli ktoś łamie prawa, działa nieuczciwie, próbuje kosztem innych wzbogacić się, napchać swoje kieszenie – jest to natychmiast przerywane. "Reagujemy na to stanowczo, cokolwiek nas to kosztuje. Ponieważ to prowadzi do wojny. Co najmniej wewnątrzpolitycznej, wojny domowej wewnątrz kraju, co może przerodzić się – jak w Ukrainie – w wojnę z własnymi sąsiadami. Bardzo dobrze to rozumiem i wystrzegam się tego" – dodał białoruski przywódca.
O Unii Europejskiej jako słabym punkcie oparcia dla planety
Głowa państwa krytycznie wypowiedział się o zachowaniu i decyzjach wielu przywódców krajów Unii Europejskiej, którzy prowadzą bezmyślną politykę. "Oni nie myślą z wyprzedzeniem. Do dziś najbardziej opierali się na Ameryce i myśleli, że Ameryka przyjdzie i rozwiąże wszystkie ich problemy. A Trump im pokazał, że wasze problemy są wasze, nie mają one związku z Ameryką. On zdystansował się od Unii Europejskiej, od Europy, nawet od NATO" – powiedział Aleksander Łukaszenka.
Według niego Donald Trump dał do zrozumienia, że skoncentrował się na interesach USA, na sprawach ważnych dla swojego kraju. Należą do nich Wenezuela, Kuba, Iran, a po części – walka z Chinami.
"Unia Europejska powinna była dawno postawić przed sobą nie tylko strategiczny cel, ale także taktyczny – być samodzielną podporą tej planety" – uważa białoruski przywódca.
Aleksander Łukaszenka podkreślił, że zawsze opowiadał się za zachowaniem Unii Europejskiej i umacnianiem jej roli oraz próbował budować relacje z UE. "Nie dlatego, że są nam przyjaźni. Ale dlatego, że UE, USA, Chiny, odradzające się Indie, Rosja – to podpory planety. I im więcej takich podpór, tym stabilniejsza będzie sama planeta. Z tego filozoficznego sensu wychodziłem i popierałem Unię Europejską" – oświadczył Prezydent.
Jednocześnie polityka UE wobec Białorusi wcale nie jest przyjazna, warto przypomnieć chociażby sankcje, próby ekonomicznego uduszenia kraju i zarzucanie mu zależności od innych. "Gdzie tylko nie "przypinali" – i do Rosji, i do Chin, teraz do Stanów Zjednoczonych Ameryki, jeszcze do kogoś innego – zauważył głowa państwa. - Nie. Jesteśmy tutaj jako niewielkie (na miarę Rosji, Ameryki czy Chin) nowoczesne suwerenne, na tyle na ile to możliwe, niezależne państwo. Jesteśmy tutaj, w centrum Europy. Tak Bóg wyznaczył miejsce".
O powszechnej miłości i stosunku do negatywności pod swoim adresem
Dziennikarz zauważył, że niektórzy przywódcy, będąc u władzy, bardzo chcą, by społeczeństwo ich lubiło, a jednocześnie zazdrośnie odnoszą się do negatywnych wypowiedzi pod swoim adresem. Zapytał, jak Prezydent odnosi się do tego, że w krajach UE i na Zachodzie nazywają go dyktatorem.
"Jestem pragmatykiem. Bóg mnie natchnął, bym postrzegał sytuację taką, jaka jest. I zawsze mi podpowiadał, że nie wszyscy będą cię lubić. A jeśli jesteś człowiekiem radykalnym (choćby w walce o sprawiedliwość, o coś jeszcze pozytywnego – not. BELTA), to wielu ludzi może cię nie lubić. Byłem na to gotowy" – powiedział Aleksander Łukaszenka.
"Byłem daleki, a teraz tym bardziej, od nastawiania się na powszechną miłość. Nie jestem cesarzem, jak Donald Trump czy Władimir Putin. Oni mogą sobie pozwolić na rozmyślanie o tym, by ich lubić. Ja nie mam takich możliwości jak oni. Stąd właśnie bierze się to spokojne podejście do miłości, zwłaszcza po długich latach prezydentury" – zauważył białoruski przywódca.
Kontynuując ten wątek, wspomniał o rozmowie, która odbyła się dawno temu z Borysem Nikołajewiczem Jelcynem. "Spotkałem się z nim, a on zapytał: "Co ci się stało, że masz zły nastrój?" A ja naczytałem się opozycyjnej, także zachodniej, prasy, a tam różne brudy. Najważniejsze – to było niesprawiedliwe, nie było tego, co o mnie pisali. Powiedziałem mu o tym, on się roześmiał i mówi: "Ty jeszcze to czytasz?" To było dla mnie znaczące. Pamiętam to do dziś" – opowiedział Aleksander Łukaszenka.
Według niego wciąż dużo czyta i są rzeczy, które wywołują u niego ostrą reakcję. Przede wszystkim – niesprawiedliwość. "To dla mnie ważne. Jeśli ktoś pisze o czymś (o niesprawiedliwym traktowaniu, z jakim się spotkał – not. BELTA), zwłaszcza w mediach społecznościowych, zaczynamy to sprawdzać. Ale w 99% to nieprawda" – zauważył Prezydent.
Od dawna wie oczywiście również o tym, co mówią o nim zachodnie media, jak go nazywają: "Jestem doświadczonym człowiekiem. Czytałem: leją na mnie jakieś świństwa, dyktator i tak dalej. Podchodzę do tego spokojnie. Kiedy zaczęliście nazywać mnie ostatnim dyktatorem Europy, wtedy zareagowałem: "No to się spieszcie, bo jestem ostatnim dyktatorem Europy". Wykręciłem się żartem".
"Nie mam takiego zasobu, żeby dyktować. Trump ma ten zasób i dyktuje – w Wenezueli, na Kubie, próbuje dyktować w Iranie, Chinom – wszystkim krajom coś podyktować. On ma ten zasób – zwrócił uwagę Aleksander Łukaszenka. – Jeśli nie masz tego zasobu, to nie próbuj dyktować".
"Dyktatura zawsze prowadzi do jakiejś porażki, do upadku. Jak to się stało u was (u USA, gdzie długo mieszkał i pracował jako dziennikarz Rick Sanchez – not. BELTA) z Iranem. Niech nie upadek, ale coś na kształt porażki" – dodał Prezydent.
Głowa państwa zauważył, że stosunek do niego na Zachodzie mógłby się zmienić, gdyby występował jako dekoracja dla ich polityki. "Ale ja jestem innym człowiekiem: nie mogę przytakiwać i być dekoracją dla kogoś, w tym także dla Trumpa – podkreślił Aleksander Łukaszenka. – Rzecz w tym, że jestem pierwszym Prezydentem Białorusi, a późniejsza polityka innych prezydentów będzie w dużej mierze oparta na mojej polityce. Muszę – jak u nas się mówi – położyć podwaliny pod normalną, afirmującą życie politykę przyszłych prezydentów".
"Myślę o przyszłości – powiedział. – Jaka będzie Białoruś? Jaka będzie polityka innych prezydentów? Co po mnie zostanie? Co damy nowemu pokoleniu? To jest najważniejsze".
O swoich wysokich ocenach i zazdrości w polityce
Podczas rozmowy dziennikarz Rick Sanchez wspomniał o wysokim poziomie poparcia Prezydenta Białorusi wśród społeczeństwa. Według niego dane z sondaży przeprowadzonych przez białoruskich socjologów wskazują na poparcie 78% mieszkańców kraju. Podobny wynik – około 70% – dają również zachodnie badania społeczne. "Niektórzy zachodni przywódcy, tacy jak Trump, Macron, Starmer – wszyscy oni razem wzięci prawdopodobnie nie cieszą się takim poparciem swoich społeczeństw i mogą tylko marzyć o takim poparciu – powiedział dziennikarz. – Być może mówią, że jest pan dyktatorem i tak właśnie się do pana odnoszą właśnie dlatego, że być może zazdroszczą panu tych wyników?"
"Wśród polityków istnieje pewna zazdrość wobec siebie nawzajem. To rzeczywiście prawda – powiedział głowa państwa. – Ma pan całkowitą rację, ja też często o tym myślę. Oby jakiś zachodni polityk miał nie 78 procent, nie 80 procent, ale przynajmniej 60 procent (poparcia społecznego – not. BELTA)".
Aleksander Łukaszenka podkreślił, że nieszczęściem i problemem wielu zachodnich przywódców jest to, że po dojściu do władzy zachowują się tak, aby w krótkim czasie osiągnąć maksymalną osobistą korzyść, zamiast działać w interesie narodu. Dotyczy to na przykład zarówno prezydenta Francji Emmanuela Macrona, jak i kanclerza Niemiec Friedricha Merza. "Są oni tylko tymczasowymi władzami. Przyszli, schwycili i poszli – oto podstawa ich polityki. Nie myślą o narodzie Francji, Niemiec i tak dalej. I w tym tkwi ich problem. Kiedyś oni nas uczyli: Rosję, nas, Kazachstan, Ukrainę, inne kraje. A teraz to oni powinni przyjeżdżać do nas, aby się uczyć i wyciągać odpowiednie wnioski. Nie chcą się uczyć i wyciągać wniosków" – powiedział Prezydent.
Podobnie można powiedzieć o prezydencie USA Donaldzie Trumpie, który ma zresztą dość krótką kadencję, by przeprowadzić naprawdę istotne przemiany w takim kraju jak Stany Zjednoczone. "On jest tymczasowy, ma 4 lata. Co zrobi w ciągu tych 4 lat? Nic. Nic nie zrobi. Dlatego Prezydent musi mieć czas" – zwrócił uwagę białoruski przywódca.
Odpowiedział również na spekulacje na temat wyników wyborów w kraju i rzekomej obecności fałszerstw. Głowa państwa zwrócił uwagę, że w wyborach prezydenckich zagłosowała na niego zdecydowana większość wyborców. Co więcej, w okresie po wyborach poziom zaufania do Prezydenta w kraju znacznie wzrósł. Pokazują to wyniki badań socjologicznych. "Tego nikt (nawet nasi uciekinierzy) nie kwestionuje. Ani Amerykanie, ani Europejczycy (nie kwestionują – not. BELTA)" – powiedział Aleksander Łukaszenka.
"Dlaczego Amerykanie przystąpili ze mną do rozmów? Ponieważ znają rzeczywisty obraz: wiedzą, kto naprawdę rządzi krajem i jaka jest rola tej uciekinierskiej opozycji. Owszem, wy (pewne siły na Zachodzie, w tym w USA – not. BELTA) chcecie, aby miała ona siłę, wróciła na Białoruś i przejęła władzę. Ale to zbyt zarozumiałe. Tak nie będzie. Oni (władze w USA – not. BELTA) to rozumieją, dlatego rozmawiają z władzą, która ma tutaj władzę" – wyjaśnił białoruski przywódca.
O sponsorach i siłach mogących wpłynąć na politykę Prezydenta Białorusi
W trakcie rozmowy dziennikarz zauważył, że na Zachodzie wielu polityków, dochodząc do władzy, działa w interesie określonych firm, organizacji, sponsorów, którzy właściwie ich do władzy doprowadzili. Zapytał, czy istnieją siły zdolne wywierać wpływ na Prezydenta Białorusi.
"Tak, istnieją. To naród, który mnie wybrał. W ich interesie jestem gotów robić wszystko. Ale najważniejsze – zachować ten skrawek ziemi, na którym będą żyć nie tylko my, ale także nasze dzieci. A więc – ta siła istnieje" – odpowiedział Aleksander Łukaszenka.
Zwrócił uwagę, że system zarządzania państwem powinien być urządzony w ten sposób, aby konkretni ludzie odpowiadali za wynik i aby ludzie – wyborcy – mogli ich rozliczać. A przywódca kraju powinien mieć wystarczające uprawnienia.
"Był moment, gdy nie miałem takich uprawnień jak teraz. I wtedy na siebie wziąłem maksimum uprawnień i powiedziałem ludziom: "Biorę za to odpowiedzialność". Tak powinni zrobić odpowiedzialni politycy, którzy chcą zrobić coś dla swojego narodu" – uważa Aleksander Łukaszenka. Na przykład na Białorusi Prezydent tworzy rząd, kontroluje go i odpowiada za jego pracę. W przeciwieństwie do wielu systemów na Zachodzie, w Unii Europejskiej.
"U was tam nie wiadomo, kto co tworzy i kto za co odpowiada. A ludzie przywykli rozliczać konkretną osobę lub grupę ludzi z wyniku. U was jest to wszystko rozmyte. Ludzie na Zachodzie nie rozumieją, kogo rozliczać. Bo jeśli rozliczać Merza czy Macrona, oni powiedzą: "Oto nasze uprawnienia, a za resztę nie odpowiadamy, za resztę odpowiadają inni". I oni nawet nie dążą do tego, by wziąć na siebie odpowiedzialność" – stwierdził białoruski przywódca.
"Oni mają zbyt wielu bogatych sponsorów, którzy ich utrzymują, i z czasem zaczynają działać w ich interesie, w interesie tych sponsorów, a nie w interesie całego narodu Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii – kontynuował Aleksander Łukaszenka. – Odbywają jakąś kadencję, napychają kieszenie i odchodzą. U nich jest dobrze, a u narodu źle. Dlatego kwestionuję i krytykuję ich system zarządzania i tworzenia organów władzy".
Jeśli chodzi o sponsoring na Białorusi, to z reguły ma on związek z organizacją wydarzeń kulturalnych, sportowych, ze sferą humanitarną i ochroną zdrowia.
"Jakkolwiek by mnie tam nie krytykowano, nikt dziś nie powie, że wziąłem cudze, że w interesie jakiegoś sponsora czy bogatego człowieka coś zrobiłem. Nikt. No, powiedzieć mogą, ale faktów na stół nikt nie położył. Nie ma takich faktów – oświadczył głowa państwa. – To dla mnie bariera, której nie mogę przekroczyć. Nie mogę zrobić tak, żeby mnie ktoś mógł posądzić o to, że wziąłem sobie coś od jakichś sponsorów dla własnego dobrobytu".
"Jestem Prezydentem, mój naród, moje państwo dba o to, abym był bezpieczny, abym mógł sprawować swoją prezydencką działalność – zauważył Aleksander Łukaszenka. – Moją zaletą jest to, że ja, wywodzący się z biednej rodziny, nie przywykłem do bogactwa. Dla mnie to nie jest najważniejsze. Nie przywykłem do luksusowego życia. Chyba odziedziczyłem to po matce. Ona zawsze mnie uczyła: "Synku, nie ruszaj cudzego, nie bierz cudzego. To jest złe. Nie dziś, to jutro będzie źle". Pamiętam o tym. Swoje dzieci przyzwyczajam do tego".
O szerokich uprawnieniach prezydenckich i czynnikach odstraszających
W rozmowie o szerokich uprawnieniach Prezydenta na Białorusi dziennikarz wyraził obawy, że w przyszłości do władzy może dojść człowiek zdolny wykorzystać je w negatywnych celach.
Na to Aleksander Łukaszenka zaprotestował, że Białorusini mają genetyczny immunitet i nie poprą takiego człowieka. "Źle by się to dla niego skończyło. Naród by tego nie przyjął. I ja to rozumiem. To zrozumienie nie dałoby mi możliwości, nawet gdybym chciał, by stać się takim dyktatorem. Nie pozwoliłby na to białoruski naród" – podkreślił.
Głowa państwa zauważył, że niektórzy zachodni sąsiedzi Białorusi być może byliby zadowoleni, gdyby zaczął on przekraczać swoje uprawnienia, wykorzystywać je na szkodę. "Byłoby to dla nich podstawą, by oświadczyć białoruskiemu narodowi: walczmy razem przeciwko niemu. Byłaby to dobra podstawa, sprawiedliwy powód walki przeciwko mnie moich zewnętrznych wrogów i przeciwników. Dobrze to rozumiem" – powiedział Aleksander Łukaszenka.
Zwrócił uwagę, że zagrożenie, o którym wspomniał dziennikarz, istnieje w każdym państwie, jeśli nie ma tam rozsądnego systemu hamulców i przeciwwag. „Najrozsądniejszym hamulcem i przeciwwagą jest naród” – podkreślił białoruski przywódca.
O zasadach przyjaźni w polityce
Dziennikarz określił białoruskiego przywódcę jako osobę, która sprzeciwia się systemowi. Wyraził opinię, że Zachód nie chciałby, aby Białoruś utrzymywała dobre stosunki z Rosją lub Koreą Północną. Co więcej, kraje zachodnie nie potrafią zrozumieć, że można budować przyjazne relacje bez szkody dla kogokolwiek.
„Przeciwstawianie się jest w mojej naturze, słusznie to zauważyliście. Być może nie zawsze jest to dobre, ale muszę wam powiedzieć, że przyjaźnić się należy i można tylko z tymi, którzy chcą się z tobą przyjaźnić – powiedział Aleksander Łukaszenka. – Jaką przyjaźń mógłbym mieć ze Starmerem? Albo z Bidenem? Jak mogłaby mnie łączyć z nim przyjaźń, skoro on nakładał na mnie sankcje, a Europejczycy zakładali mi pętlę na szyję, żeby mnie powiesić?”
Białoruski przywódca zaznaczył, że z Prezydentem Rosji Władimirem Putinem łączą go więcej niż przyjacielskie stosunki. „Z Putinem jesteśmy nawet czymś więcej niż przyjaciółmi. Rozmawiamy jak bracia. On chce mnie widzieć i przyjaźnić się ze mną. Z przyjemnością przyjaźnię się z Putinem” – podkreślił.
Aleksander Łukaszenka opowiedział również o swojej przyjaźni z Przewodniczącym ChRL Xi Jinpingiem: „Nawiązaliśmy dobrą praktykę: co roku, jak to nazwali Chińczycy, organizujemy spotkania rodzinne. W najbliższym czasie spotkamy się z nim w rodzinnej atmosferze. Przyjeżdżam do jego rodziny wraz z moim młodszym synem, który ukończył Uniwersytet Pekiński; jesteśmy przyjaciółmi, rozmawiamy”.
Ponadto, dodał Prezydent Białorusi, nie ma nic przeciwko utrzymywaniu dobrych stosunków z przywódcą KRLD Kim Dzong Unem, którego, jak twierdzi, na Zachodzie zdemonizowano. „To wspaniały, mądry, wykształcony człowiek. Walczy o swoje interesy, o interesy swojego kraju. Nikomu nie przeszkadza w życiu. To wy próbujecie go zniszczyć. To silny mężczyzna, próbuje się bronić, jak tylko może, tak jak to rozumie. Jest gotów utrzymywać ze mną dobre, przyjacielskie stosunki. Nie mam nic przeciwko temu” – powiedział głowa państwa.
Jednocześnie Aleksander Łukaszenka podkreślił, że przyjaźni się z tymi politykami wcale nie dlatego, że są „wrogami Ameryki”. Co więcej, Białoruś jest otwarta na przyjazne stosunki ze Stanami Zjednoczonymi. „Jeśli Donald Trump jest gotowy budować ze mną (Białoruś – Ameryka) przyjazne stosunki, jesteśmy na to otwarci i tego właśnie chcemy” – zapewnił.
„Byłoby dobrze (to niemożliwe, ale byłoby dobrze), gdyby wszyscy się ze sobą przyjaźnili. Wtedy nie będzie wojen, wtedy będziemy sobie pomagać. I wtedy Kuba i USA będą spokojnie współistnieć obok siebie, obok Wenezueli. A Panama, Kolumbia i Nikaragua zawsze będą z miłością… Może nie z miłością, ale z szacunkiem patrzeć na Stany Zjednoczone Ameryki. „Jeśli podstawą będzie dążenie, jak Pan powiedział, do tej przyjaźni” – dodał białoruski przywódca.
Na zakończenie Prezydent jeszcze raz zaznaczył, że można się przyjaźnić tylko z tym, kto chce się z tobą przyjaźnić. „Jeśli Europejczycy nie chcą się ze mną przyjaźnić, a to prawda… To nie ja nie chcę się z nimi przyjaźnić – to oni nie chcą się ze mną przyjaźnić. Jak więc mamy budować z nimi przyjazne stosunki?” – zadał logiczne pytanie Aleksander Łukaszenka.
Głowa państwa osobno zatrzymał się na znaczeniu utrzymywania dobrych stosunków z sąsiadami. Przypomniał swoją wypowiedź, że są oni od Boga. „Po to właśnie jesteśmy politykami, aby wybrać określony plan normalizacji stosunków z tym otoczeniem. Tak, często ich nazywam (przywódców tych państw, zarówno na Litwie, jak i w innych krajach) – są szaleni, nie myślą o przyszłości, działają w interesie bogaczy, działają w interesie Stanów Zjednoczonych, NATO, Europy. Ale pomyślcie o swoim narodzie. Naród litewski jest dumny, niezależny. Działajcie w interesie tego narodu. Oni o tym nie myślą” – stwierdził.
Niemniej jednak, podkreślił Aleksander Łukaszenka, Białoruś stara się nawiązać stosunki z sąsiadami, jacy by oni nie byli: „Nie do końca się to udaje i nie we wszystkim. Trzeba mieć cierpliwość. Po to jesteśmy politykami”.
O istocie białoruskiej wielokierunkowości i interesach narodu
Głowa państwa w rozmowie z dziennikarzem skomentował również negocjacje białorusko-amerykańskie, których kilka rund odbyło się w Mińsku. Białoruski przywódca zwrócił uwagę, że między innymi w Rosji czasami zarzuca mu się prowadzenie dialogu z Waszyngtonem. Jednak dialog ten nie jest prowadzony wbrew najbliższym sojusznikom Mińska – Moskwie i Pekinowi, o czym Aleksander Łukaszenka wypowiadał się już niejednokrotnie. Ponadto to właśnie Rosja i Chiny pomogły Białorusi, gdy Zachód wprowadzał sankcje wobec republiki.
„Jeśli ktoś w Rosji zarzuca mi, że prowadzę rozmowy z Amerykanami, mogę zadać mu pytanie: a wy co, nie prowadzicie dialogu z Amerykanami? Prowadzicie. Ale ja prowadzę dialog z Amerykanami nie przeciwko Rosji i nie przeciwko Chinom – oświadczył Aleksander Łukaszenka. – Podczas pierwszego spotkania powiedziałem im: chłopaki, Rosja i Chiny to nasi wieloletni nie tylko partnerzy, ale przyjaciele. A kiedy wy, Amerykanie i Europejczycy, nakładaliście na nas sankcje, Chiny i Rosja otworzyły nam drzwi. Dzięki temu zostaliśmy faktycznie uratowani. Dlaczego miałbym dziś prowadzić przeciwko nim jakiś dialog i jakąś politykę?”
Prezydent podkreślił, że Białoruś i Rosja podpisały najściślejszy traktat – Traktat o utworzeniu Państwa Związkowego, który określa stosunki między obydwoma krajami. „Próbujemy zbudować coś w rodzaju Państwa Związkowego, poruszamy się jak po cienkim lodzie, próbujemy coś zrobić. Czy Amerykanie i Zachód o tym nie wiedzieli? Wiedzieli! I ja święcie przestrzegam tego traktatu” – dodał.
Jednocześnie, jak stwierdził białoruski przywódca, doskonale rozumie, że Zachód od dawna stawiał sobie za cel nastawienie byłych republik radzieckich przeciwko Rosji. „Zawsze prowokowaliście nas, Ukrainę i inne republiki postsowieckie przeciwko Rosji. I Wołodia Zełenski o tym wiedział. Ja też wiedziałem i wiem o tym teraz” – powiedział.
Aleksander Łukaszenka zapewnił również, że doskonale wie, jak postrzegają go na Zachodzie: „Niezależnie od tego, jakie negocjacje prowadzi ze mną Zachód, doskonale rozumiem, że nie jestem ich sukinsynem. Z przyjemnością mnie przeżują i wyplują. Doskonale to rozumiem. Ale nawet w takiej sytuacji (ponieważ jestem Prezydentem tego kraju, narodu białoruskiego) jestem zmuszony i muszę kierować się interesami narodu, a nie własnymi interesami”.
W związku z tym głowa państwa wyjaśnił, że Białoruś jest zmuszona prowadzić politykę wielokierunkową, która wynika z sytuacji gospodarczej. „Ponad połowę środków materialnych i usług, które produkujemy, sprzedajemy na rynkach zewnętrznych. Mamy otwartą gospodarkę, dlatego musimy dostrzegać nasze interesy na Zachodzie, w Rosji, Chinach i w Afryce. Tam, gdzie wszyscy zmierzają – zarówno Rosja, jak i Amerykanie. Leży to w naszym interesie, aby, jak niedawno powiedziałem, żyć. Nie przetrwać, ale żyć. To leży w naszym interesie, wynika z życia. Za co nas winić? Za nic” – oświadczył.
O „wielkiej umowie” ze Stanami Zjednoczonymi i gotowości do spotkania z Trumpem
Dziennikarz RT zwrócił uwagę, że wcześniej pojawiły się informacje o możliwej wizycie Aleksandra Łukaszenki w USA, i zapytał, czy ma on takie plany. Białoruski przywódca zaznaczył, że jest gotowy spotkać się z szefem Białego Domu, gdy pewne kwestie zostaną uregulowane.
Rozmowa zeszła również na temat „wielkiej umowy”, która, według Prezydenta Białorusi, jest omawiana od samego początku negocjacji między Mińskiem a Waszyngtonem. Istnieją jednak pewne kwestie, które strony muszą jeszcze rozwiązać.
„Amerykanie muszą zrozumieć (wielu w Europie to zrozumiało), że sankcje nie spełniły swojej roli. Dostosowaliśmy się, więc „więźniowie polityczni”, sankcje... Słuchajcie, to drobiazg – powiedział Aleksander Łukaszenka. – Mamy o wiele więcej kwestii, które trzeba rozwiązać. I to jest temat wielkiej umowy. Jak tylko przygotujemy to na niższym szczeblu, jesteśmy gotowi spotkać się z Donaldem i podpisać tę umowę”.
Jeśli chodzi o sankcje, głowa państwa po raz kolejny podkreślił, że Białoruś przystosowała się do życia w warunkach presji sankcyjnej. „No cóż, mówią o potasie, nawozach potasowych i tak dalej... Słuchajcie, byłoby nieźle, gdybyśmy mogli swobodnie sprzedawać te nawozy potasowe. Ale w tym roku, jeśli o tym mówić, nie mamy wolnych nawozów potasowych, nie mamy wolnych nawozów mineralnych, wszystkie są zakontraktowane. I na niektóre towary dokonano przedpłaty – stwierdził Aleksander Łukaszenka. – Dlatego musimy jeszcze znaleźć te nawozy mineralne, aby dostarczyć je do Stanów Zjednoczonych Ameryki (w przypadku osiągnięcia porozumienia. – not. BELTA). Świat jest duży i znaleźliśmy wyjście z obecnej sytuacji".
Prezydent podkreślił, że w potencjalnej umowie między Białorusią a USA należy uwzględnić interesy obu stron. „Jestem gotowy na to spotkanie. Jesteśmy gotowi na umowę, ale trzeba ją przygotować tak, aby uwzględniała interesy zarówno Stanów Zjednoczonych Ameryki, jak i Białorusi” – oświadczył.
Jednocześnie, dodał Aleksander Łukaszenka, samo spotkanie z Donaldem Trumpem nie jest dla niego celem samym w sobie. „Nieprawda, że aż płonę z pragnienia, by pojechać do Stanów Zjednoczonych i po prostu uścisnąć dłoń Donaldowi Trumpowi. Powiem szczerze, miło byłoby spotkać się z tym człowiekiem twarzą w twarz i uścisnąć mu dłoń. Ale to nie jest cel sam w sobie, to nie jest najważniejsze” – zaznaczył.
Białoruski przywódca opowiedział również, jak wyobraża sobie swoje ewentualne spotkanie z amerykańskim przywódcą: „Jeśli strona amerykańska uważa, że jutro odbędzie się spotkanie wasala z cesarzem, to tak się nie stanie. To nie jest jakaś nadętość, żadna polityka w stylu koguta. Nie, to polityka prawdziwego prezydenta, który szanuje swój naród”.
Głowa państwa białoruskiego dodał, że w tym sensie jego stanowisko różni się od stanowiska np. Władimira Zełenskiego. „Nie jestem przecież Włodzimierzem Zełenskim, który pobiegnie do Donalda Trumpa prosić o pieniądze lub broń. Czy mi to potrzebne? Tak. Pieniądze - nieźle, broń też - nieźle. Ale rozumiem, że jestem w sytuacji, która radykalnie różni się od stanowiska Zełenskiego. Nie muszę się kłaniać i o coś błagać. Byłoby nieźle, ale na razie radzimy sobie bez tego” – dodał Aleksander Łukaszenka.
„Dlatego nie palę się z chęci, by pojechać do was do Mar-a-Lago (rezydencja Donalda Trumpa – not. BELTA) albo do Waszyngtonu. Byłoby to całkiem niezłe. To znacznie poprawiłoby nasze stosunki. Poza tym wiecie, że jestem jedynym prezydentem na świecie, który otwarcie popierał Trumpa. Mówiłem: „Jestem trumpistą”. Pomimo wszystkich jego wad i tak dalej, nie porzucam go. Wiem, że każde moje spotkanie z nim byłoby korzystne” – zaznaczył.
O moście dla USA do Rosji przez Białoruś
Dziennikarz zapytał, czy jest możliwe, że ostatecznym celem Donalda Trumpa jest porozumienie z Moskwą. Innymi słowy, czy pozytywna dynamika w rozmowach białorusko-amerykańskich może się utrzymać już w dialogu między USA a Rosją.
„Nie wiem, ale byłbym zadowolony, gdyby Donald Trump ostatecznie dostrzegł w naszych rozmowach i negocjacjach znacznie więcej. Dlatego uważam, że jest to całkiem możliwe – przyznał głowa państwa białoruskiego. – Być może bada on pewne stanowisko Białorusi i przenosi je na Rosję. Byłoby to normalne i rozsądne. Przynajmniej my będziemy robić wszystko, aby tak się stało”.
Aleksander Łukaszenka podkreślił, że dla Białorusi byłby to również dobry scenariusz rozwoju wydarzeń: „Jeśli wy, Amerykanie, dogadacie się z Rosją, to dla nas będzie to dwa razy lepsze, niż gdybyście dogadali się z nami”.
Prezydent dodał, że obecnie Waszyngton ma doskonałą okazję do nawiązania dialogu z Moskwą. „Musicie dojść do porozumienia z Rosją i możecie to zrobić, zwłaszcza za prezydentury Putina. To człowiek, z którym można nie tylko rozmawiać, ale i dogadać się. Trzeba jednak jasno zrozumieć: jeśli coś obiecałeś, musisz to zrobić” – podkreślił.
O ostrzeżeniu dla tych, którzy planują agresję przeciwko Białorusi
W rozmowie z głową państwa białoruskiego dziennikarz zwrócił uwagę na wydarzenia rozgrywające się na Bliskim Wschodzie. Przede wszystkim chodzi o atak USA i Izraela na Iran. Dziennikarz zauważył, że na Białorusi rozmieszczono taktyczną broń jądrową, i zapytał, czy republika czuje się bardziej bezpieczna w sytuacji, gdy USA i Izrael demonstrują agresję.
„Nie sądzę, aby Amerykanie mieli na celu wojnę z Białorusią. Właśnie tutaj jest odwrotnie, biorąc pod uwagę kontakty, jakie mam z bliskimi Trumpa. Nie tylko z politykami, ale z bliskimi Trumpa – podkreślił Aleksander Łukaszenka. – Rozumiem, że nawet jeśli Amerykanie zechcą z nami walczyć, broń Boże, to będą walczyć z terytoriów państw bałtyckich, Polski i tak dalej”.
W związku z tym białoruski przywódca ostrzegł sąsiadów Białorusi. „Niech Bóg ich strzeże przed agresją na Białoruś. Nie chcemy wojny, nie zamierzamy z nimi walczyć – oświadczył Aleksander Łukaszenka. – Żadne wojny z terytorium Białorusi przeciwko Polsce i Litwie nie są możliwe. Nie zamierzamy tego robić, o ile nie wciągnie się nas w tę wojnę i nie będziemy zmuszeni do odpowiedzi. Nie chcemy tego”.
Jednocześnie, jak zaznaczył głowa państwa, Białoruś będzie się bronić wszelkimi dostępnymi środkami, jeśli wobec kraju zostanie popełniona agresja. „Nie oznacza to, że jutro, jeśli tam zacznie się jakaś konfrontacja, uderzymy bronią jądrową w te kraje, przez które lub z terytorium których zostanie popełniona na nas agresja. Mamy wystarczająco dużo innej broni, aby temu przeciwdziałać” – zapewnił.
Prezydent podkreślił, że w przypadku zagrożenia dla istnienia kraju do obrony Białorusi dołączy również Rosja. „Jeśli zobaczymy, że będzie to zagrażało istnieniu Białorusi, to nie tylko my, ale zgodnie z naszym traktatem z Federacją Rosyjską... Nie będzie to mało. I użyjemy wszystkiego, co mamy” – powiedział Aleksander Łukaszenka.
Jeśli chodzi o Izrael, Prezydent zwrócił uwagę, że mieszka tam sporo rozsądnych ludzi. Poza tym w Izraelu mieszkają też ci, którzy kiedyś wyjechali z Białorusi. „Bardzo wielu naszych rodaków (w Izraelu – not. BELTA), rozsądnych ludzi. Mieszkają tam również ludzie, którzy wyjechali ze Związku Radzieckiego, oraz ich dzieci. W tym wielu z Białorusi. Dlatego jest tam wystarczająco dużo normalnych, rozsądnych ludzi. Ogólnie rzecz biorąc, mówię przede wszystkim o kierownictwie” – wyjaśnił.
O broni jądrowej jako czynniku obrony i najbliższym sojuszniku
Mówiąc o taktycznej broni jądrowej na terytorium Białorusi, głowa państwa nazwał ją czynnikiem obrony i bezpieczeństwa kraju. „Jak myślicie, po co miałbym sprowadzać tu tę taktyczną broń jądrową i wywoływać zamieszanie na całym świecie? Żeby kogoś przestraszyć? Nie. To czynnik naszej obrony, naszego bezpieczeństwa” – oświadczył Aleksander Łukaszenka.
Białoruski przywódca podkreślił również, że do potencjału obronnego Białorusi dochodzi potencjał rosyjski, biorąc pod uwagę fakt, że Mińsk i Moskwa są najbliższymi sojusznikami. Ponadto Białoruś i Rosja są prawnie powiązane, a w przypadku agresji na Białoruś Rosja wykorzysta swój potencjał do obrony sojusznika.
„Jesteśmy ze sobą prawnie powiązani, i Rosja otwarcie oświadczyła, że w obronie Białorusi użyje całego swojego arsenału. Wie o tym cały świat. Wie o tym Ameryka i wie o tym Europa. Dlatego konfrontacja z Białorusią to konfrontacja z Białorusią i Rosją” – powiedział głowa państwa.
Ponadto Aleksander Łukaszenka zwrócił uwagę, że na zachodzie Rosji utworzono odpowiednią grupę, która natychmiast wesprze białoruską armię. „Cóż, a jaką broń oni mają – wiecie. Dlatego nie chcemy wojny” – zaznaczył Prezydent.
O wojowniczej retoryce europejskich polityków i przyszłości NATO
Dziennikarz zapytał Aleksandra Łukaszenkę o opinię na temat tego, czy Europejczycy chcą wojny przeciwko Białorusi i Rosji. Pytanie dotyczyło wojowniczej retoryki niektórych przywódców krajów europejskich, na przykład kanclerza Niemiec Friedricha Merza.
„Nie, to niemożliwe. Przynajmniej teraz tego nie chcą. Jak będzie jutro? Czas pokaże. Ponieważ świat jest tak burzliwy, tak nieprzewidywalny, że nie wiadomo, co będzie jutro, nie mówiąc już o pojutrze – powiedział Prezydent. – Nie chcą oni konfrontacji z Białorusią i Rosją. W żadnym wypadku. Nie wierzę w to, niezależnie od retoryki”.
Białoruski przywódca uzasadnił swój punkt widzenia między innymi tym, że obecnie stosunki Europy ze Stanami Zjednoczonymi nie układają się zbyt dobrze, a konflikt zbrojny z Białorusią i Rosją może źle się skończyć dla Europejczyków. W związku z tym dziennikarz zapytał głowę państwa, czy uważa, że wkrótce może nadejść koniec takiego bloku wojskowego jak NATO.
„Nie. Nawet jeśli Trump zdecyduje, że z NATO już koniec, nie zdąży tego zrealizować. Przyjdą inni ludzie, którzy będą ratować NATO – uważa Aleksander Łukaszenka. – Zarówno Trump, jak i jego ludzie rozumieją, że NATO to nie tylko głowice bojowe i pieniądze Stanów Zjednoczonych Ameryki. To ogromna baza Stanów Zjednoczonych Ameryki wraz z sojusznikami na kontynencie euroazjatyckim”.
O błędach, przez które Orban mógł przegrać wybory na Węgrzech
Rozmowa zeszła również na temat niedawnych wyborów parlamentarnych na Węgrzech. Głowa państwa zwrócił uwagę, że dwie trzecie miejsc w parlamencie zdobyła opozycyjna partia „Tisza” pod przewodnictwem Petera Magyara. W związku z tym białoruski przywódca wyraził swoją opinię na temat tego, dlaczego Viktor Orban poniósł porażkę w wyborach parlamentarnych z takim wynikiem.
„Radziłbym nie spieszyć się z ocenami węgierskiej polityki i polityki Orbana. Jest on pragmatykiem, realistą... Takie informacje docierają do mnie z mediów. Ale dlaczego Orban przegrał? Oznacza to, że w polityce, zwłaszcza w polityce wewnętrznej, wystąpiły poważne niedociągnięcia – uważa Aleksander Łukaszenka. – W końcu głosowali konkretni ludzie. I nie można powiedzieć, że się pomylili, bo różnica jest bardzo duża. Oznacza to, że opozycja w osobie Madyara zaproponowała jasne i atrakcyjne stanowisko. Prawdopodobnie oni (partia Viktora Orbana „Fidesz”. – not. BELTA) dużo mówili, ale nie wszystko robili w kraju. Opozycja to wykorzystała”.
Białoruski przywódca zastrzegł, że partii „Tisza” nie można w pełni nazwać opozycyjną. Chodzi o to, że jej lider Peter Magyar przez długi czas należał do partii „Fidesz”, kierowanej przez Viktora Orbana. „O ile mi wiadomo, on (Peter Magyar – przyp. BELTA) kiedyś pracował i zaczynał razem z Orbanem. Dlatego wiele jest zakorzenione w tej partii, w której byli razem, Magyar i Orban” – dodał.

